Vulnerant omnes, ultima necat[1]

 

Świadomość wlewa się z powrotem do ciała. Imię zamiera na ustach, gdy do mózgu dociera, że sen minął. Mięśnie wiotczeją, by po chwili wyprężyć całe ciało jak napiętą strunę. Palce zaciskają się na pościeli, otwarte usta, wciąż ten sam obraz wypalony na wewnętrznej stronie powiek. Cichy jęk, oddech powoli wraca do normy. Myśli rozwiewają się, pustka. Dźwięk budzika. Ręka sięga po niego, wyłącza. Burza myśli, chwila wewnętrznej walki. Wreszcie ciało podnosi się, drży. Dłonie przykrywają twarz. Przeczesują włosy. Gdzie te kapcie. Spacer do łazienki. Spojrzenie w lustro. Wciąż ten sam wyraz twarzy. Umyć się. Ubrać. Buty. Klucz. Kurtka. Zeszyt. Wyjść. Spacer korytarzem, w dół po schodach. Cześć! Głowa unosi się, uśmiech. Pusty. Uczelnia. Ciała skończone? Tak, wiem. Oczy chcą się zamknąć. Tłumione ziewnięcie. Twierdzenie. Dowód. Zadanie. Długopis wypisuje coś mimowolnie na pulpicie. Cztery litery. Dłoń zaciska się, coś kłuje w piersi. Ciężki oddech. Przerwa. Głowa opada na dłonie, myśli wirują. A, zadanie. Jakieś kongruencje. Nie chce się liczyć. Koniec zajęć. Na dół, do bankomatu. Kurwa, nie ma kasy. Westchnienie. Z powrotem do pokoju. Ktoś idzie. Splecione dłonie. Zęby się zaciskają. Odwrócić wzrok. Wejść. Kurtka. Buty. Włączyć monitor. Lodówka. Pusta. Trzask. Umyć szklankę. Czajnik. Usiąść przed komputerem. Palce przemykają po klawiaturze. Irc. Rzut oka na notify, jakby z obawą. Nie, nie ma. Nie może być. Woda się gotuje. Zalać herbatę. Wejść na shella. Hasło. Skrót. Data. Ręka sięga po słuchawki, zakłada. Pump up the volume! Te same piosenki od dwóch, trzech tygodni. Te same co wtedy, tam. Znów jakiś ciężar pojawia się na piersiach, drżenie. Głośniej. Przejrzeć kanały. Znów coś do zrobienia? Dobra, poprawi się. A to dla kogo innego. Gorąca herbata wypełnia pusty żołądek. Lepiej. Sprawdzić forum. Odpisać. Kroki, ktoś wchodzi. Serce przyspiesza gwałtownie. Irracjonalnie. Nie – współlokator. Coś mówi. Lewa ręka odsłania jedno ucho. Co? Hmm. Tak. Serio? Nie, nie wiem. Spokój. Napisać. Skompilować. Sprawdzić. Zmęczenie zbyt wczesną pobudką. Wyciągnąć się w łóżku. Oczy się zamykają. Ten głos, ta twarz. Bezgłośny jęk. Bezradność. Ból. Półsen. Myśli kotłują się w głowie. Wspomnienia, obrazy, sny. Znów przytomność. Zapada zmrok. Niechętnie wypełznąć z ciepłej pościeli. Pustka. Brak. Wstać. Kolejna herbata. Te same piosenki. Irc, niewiele znaczące słowa. Zrobić to, zrobić tamto. Zrobione. Koniec pisania na dziś. Popracować nad tym eventem. Jakie by tu dać imię. No tak. To samo. Krew zdaje się wypalać arterie. Spojrzenie na nóż. Spojrzenie na rękę. Wzrok ucieka gdzieś. Łazienka. Ściana. Kafelki. Trzask. Nic nie czuć. Trochę ciężej teraz pisać. Głowa opada na klawiaturę. Wzrok się rozmazuje. Urywany oddech. Lodowaty chłód wewnątrz. Nie, w porządku. Uśmiech. Chodź chlać. Nie chcę. No chodź. Spierdalaj. Siedzieć. Rzut oka na zegarek. Napięcie. Z wolna ogarnia całe ciało. Ciśnienie. Tętno. Czas. Stres rośnie. Kłucie wewnątrz. Ciężki oddech. Teraz. Dłoń chwyta kartę. Telefon. Palce wystukują numer. Całe jestestwo krzyczy. Głos. Wszystko mija. Ten głos. Szczęśliwy. Opowiada. Uczucia tak mieszane, jak tylko mogą być. Uśmiech, prawdziwy. Łzy. Własny głos, niemal szept. Słuchać. Spijać słowa. Pa. Sygnał. Ciężar na sercu. Zdaje się że niemożliwy do udźwignięcia. Wrócić. Usiąść. Odrętwienie. Noc. Irc pustoszeje. Czas się kłaść. Niechęć. Siedzieć ile tylko się da. Zmęczyć umysł. Zgasić światło. Rozebrać się. Zawodzenie wiatru za oknem. Krople deszczu rozbijające się o szyby. Głowa opada na poduszkę. Obraca się, jakby chciała zobaczyć coś obok. Nie ma nic. Ból. Obrazy. Uczucia. Szloch. Bezsilność. Usta szepczą imię. Cisza. Ciemność. Pustka.

 

Omega Red, 18-19 października 2002

 



[1] (łac) „wszystkie [chwile] ranią, ostatnia zabija”


[Powrót]