Księga

 

Jak mam na imię? Możesz mnie nazywać Azogah. Nie, to nie jest moje prawdziwe imię. Tamto zostało zapomniane... Ale dojdę i do tego.

Jestem magiem. Urodziłem się w Minsterberg – nie znasz tej nazwy? Nie dziwię się. To raczej zapadła dziura. Na szczęście, czy może nieszczęście, kiedy byłem jeszcze pięcioletnim pętakiem rodzice wysłali mnie na nauki do jednego z tamtejszych magów, gdy okazało się, że mam pewne zdolności w tym kierunku. Nauka!... Właściwie przez kilka pierwszych lat była to służba. No ale cóż... Samo tylko przyglądanie się sporo mi dało. Nadszedł też wreszcie czas właściwej edukacji. Nauczyłem się w miarę możliwości kontrolować Pierwotną Energię. Ale mniejsza z tym. W końcu, po latach, zakończyłem terminowanie. Teraz mogłem na własną rękę zacząć poznawać tajniki Kształtowania. Tym bowiem jest „magia” – kontrolowaniem i kształtowaniem Energii. Lata mijały leniwie. Dorobiłem się własnej siedziby, przyjąłem nawet ucznia... miałem kobietę, którą kochałem. Dlaczego tak dziwnie patrzysz? Jestem normalnym człowiekiem, nie jakimś tam pokręconym klechą czy innym fanatykiem... Spotykaliśmy się często, choć zazwyczaj pracowałem sam z moim terminatorem.

Któregoś... któregoś dnia latem wybrałem się do miasta na targ uzupełnić zapasy. Miałem już wracać, gdy na straganie u jakiegoś sprzedawcy staroci ujrzałem księgę. Będę nazywał ją Księgą, gdyż nie miała żadnego tytułu. Solidna oprawa, pokryta nieci już wyblakłym zielonym suknem również była czysta. Normalnie nie zwróciłbym na coś takiego uwagi – wartościowych manuskryptów raczej nie zdarza się znaleźć na bazarze. Tym razem jednak coś mnie przyciągnęło – wyraźnie wyczuwalna emancja Mocy. Zbliżyłem się i spytałem o cenę. Zauważyłem u sprzedającego zielonkawy tatuaż (?) tuż za nadgarstkiem. Przedstawiał jakiś skomplikowany, abstrakcyjny znak czy symbol. Zwróciłem na niego uwagę, gdyż Księga była opatrzona pieczęcią z odciśniętym podobnym wzorem. Nikt jej nie otwierał? Spytany o jej pochodzenie, handlarz milczał. Zaintrygowany, bez wahania zapłaciłem wymienioną sumę, ostrożnie włożyłem Księgę do sakwy i ruszyłem w drogę powrotną.

Już w swojej pracowni wydobyłem ją na światło dzienne, położyłem na blacie stołu i przyjrzałem się uważnie. Na oko była bardzo stara, lecz zachowana w doskonałym stanie. Liczyła może z pięćset stronic. Pieczęć z laki o barwie niemal identycznej z suknem spinała dwa brzegi oprawy. Teraz wyraźnie wyczuwałem wibracje Energii drżącej pod moimi palcami. To musiało być coś wyjątkowego... Kto wie, może nawet groźnego. Otoczyłem swe ciało i umysł magicznymi osłonami, po czym ostrożnie złamałem pieczęć.

Nie stało się nic niezwykłego... Przynajmniej niczego nie odczułem. Odetchnąwszy lekko z ulgą otworzyłem tom na pierwsze stronie. Sam nie wiedziałem, czego właściwie się spodziewać, lecz ujrzałem rzecz raczej dziwną. Karta, na którą spoglądałem, pokryta była ozdobnym pismem dialektu thari, niegdyś dość powszechnym wśród „wiedzących”. Dziwna wszakże była treść: opis zaklęcia, jednak bez żadnej nazwy ani opisu działania. Same Słowa niezbędne do Przemiany. Lecz przeznaczenie, cel – nic z tych rzeczy. Zamyśliłem się... Postanowiłem przejrzeć resztę tekstu z nadzieją znalezienia jakichś wskazówek, lecz cóż to – stronica, na której otworzyłem Księgę była jedyną zapisaną! Musiała tu działać rzeczywiście potężna magia. Próbowałem ujawnić jakiś ukryty tekst własną mocą, lecz przypominało to usiłowania wyciśnięcia soku z kamienia. Nie miałem pojęcia, co zrobić. Przychodził mi do głowy tylko jeden pomysł – wypróbować zaklęcie. Oczywiście musiało wiązać się to z nieoszacowanym ryzykiem, czar mógł właściwie zrobić wszystko... Bodajbym nigdy tego nie uczynił! Ale byłem jeszcze młody i głupi... Postanowiłem wprowadzić formułę w życie. Po całodziennym poście i medytacji byłem gotów skoncentrować całą moc, jaką posiadałem. Znałem już Słowa, widniały w moim umyśle niczym płonące frazy. Siedząc w pozycji lotosu począłem je wymawiać, czułem Energię przepływającą przez moje czakry niczym rwący wodospad. To BYŁY potężne słowa. Nie potrafiłem już zatrzymać inkantacji, moje ciało wyprężyło się niczym napięta do granic możliwości struna oczekująca na finalny akord. I wreszcie finał nadszedł. Wraz z ostatnią sylabą rezonans Mocy osiągnął apogeum; poczułem, że tracę kontrolę nad własnym ciałem, jakby każdy nerw zastygł w czasie, zatrzymały się mięśnie, płuca, nawet serce, aż po niekończącej się chwili ogarnęła mnie ciemność.

Świadomość przebudziła się nagle. Odzyskałem władzę nad ciałem. Siedziałem w tej samej pozycji, cienie miały identyczną długość. Czyżby wszystko trwało tylko chwilę? Rzut oka na klepsydrę wyjawił prawdę – piasek dawno się przesypał. Minęła pełna doba lub nawet dłużej. Ale co się właściwie stało? Nie pamiętałem niczego, tylko czerń.

Wstałem powoli. Spróbowałem ocenić, czy coś się zmieniło. Hm... Czułem się bardziej rześki, zdrowszy, ogólnie w lepszej kondycji... Z jaśniejszym umysłem... I znacznie lepszą pamięcią – potrafiłem przywołać dokładnie nawet bardzo dalekie wspomnienia! Wydawało się, że zaklęcie całościowo nieco mnie wzmocniło. Ciekawe... Przyjrzałem się sobie w lustrze. Brakowało jakichkolwiek zmian zewnętrznych... poza jedną. Zielonkawy „tatuaż” tuż poza nadgarstkiem. Skomplikowany symbol, taki... taki, jak na pieczęci Księgi! Szybko podszedłem do niej, żeby porównać wzory... i zamarłem. Księga była zamknięta, zabezpieczona pieczęcią z odciśniętym dziwnym symbolem... innym niż ten u mnie czy u handlarza, który mi ją sprzedał. Cóż mogło to oznaczać? Musiałem dowiedzieć się więcej. Przełamałem pieczęć, tym razem otwierając wolumin gdzieś w połowie.

Spoglądałem na wykaligrafowaną ozdobnym pismem thari formułę czaru. Bez nazwy, bez opisu. Reszta kart była pusta, łącznie z pierwszą.

                Co to za zagadki? – spytałem sam siebie. Ten przedmiot bawi się mną. Tym razem postanowiłem być ostrożniejszy. Przede wszystkim podzielić się z kimś zdobytym doświadczeniem. I gdzie podziewał się Arwin, mój uczeń? Wyślę go z wiadomością. Pewnie znów wymknął się do swojej wybranki zamiast ćwiczyć skupienie woli. Zamknąłem Księgę i udałem się do jego komnat. „Arwin, gdzie jesteś nicponiu!” – zawołałem. Cisza, tak jak podejrzewałem. I jak tu nauczać kogoś takiego. Otworzyłem drzwi pokoju...

                ...i stanąłem w szoku niczym sparaliżowany. Arwin, a raczej to, co z niego zostało, pokrywał mniej więcej równomiernie całą posadzkę. Został po prostu rozszarpany na strzępy, i to z tak wielką siłą, jakiej nie potrafiłem sobie wyobrazić. Najgorsze znajdowało się pośrodku podłogi. Skomplikowany symbol, tym razem rdzawoczerwony, wymalowany krwią mojego terminatora. Identyczny z tym na mojej ręce. Jakimś cudem utrzymując szalejący żołądek w ryzach, wróciłem do pracowni. Powoli otrząsając się z szoku począłem zastanawiać się, co mogło się stać. Nie ulegało wątpliwości, że miało to związek z rzuconym przeze mnie zaklęciem. Ale JAK to się stało? Zabiła go potężna istota, czy nieświadomie przywołałem jakiegoś demona? A może sam to zrobiłem?... W ciągu tych 33 godzin pustki... Nie, przecież nie zdołałbym... Chyba, że... Wydobyta z głębin tak doskonałej teraz pamięci złowróżbna nazwa: Furia Śmierci. Niezwykle potężne i niezwykle niebezpieczne zaklęcie, którego używali chyba tylko szaleńcy. Przemiana w bezcielesnego demona rozrywającego na strzępy każdą istotę w pobliżu. Czy to możliwe?... Zadrżałem na samą myśl o takiej ewentualności. A jeśli to się powtórzy? Co mam robić? Po co w ogóle otworzyłem ten przeklęty grimuar?!...

                Za późno było już jednak na rozpamiętywanie tego, co się wydarzyło. Musiałem działać. Przede wszystkim MUSIAŁEM zobaczyć moją Isorę, niepokój o nią nie pozwalał mi dłużej zwlekać. Wyruszyłem co prędzej do domu, gdzie mieszkała z rodzicami. Po niedługim czasie dotarłem na miejsce. Zapukałem ostrożnie. Drżąc z niepokoju aż podskoczyłem, gdy drzwi uchyliły się ukazując jej śliczną twarzyczkę. „Nic jej nie jest!” – pomyślałem z ulgą. Jednak jej słowa podziałały na mnie niczym kubeł lodowatej wody: „Tak? Czego pan sobie życzy?...” Nie poznawała mnie! A jednak coś się stało... Usiłowałem ją przekonać, błagałem, zaklinałem – wszystko na próżno. Wreszcie pojawił się jej ojciec, potężny, barczysty mężczyzna oznajmiając, że jeśli nie przestanę zaczepiać jego córki, poprzestawia mi kilka kości. Na nic zdało się przypominanie tak wielu wspólnych obiadów, spotkań... Nic do nich nie docierało. Zrozpaczony popatrzyłem na zatrzaśnięte mi przed nosem odrzwia. Delikatną magią dotknąłem ich umysłów, aby odkryć, iż każde związane ze mną wspomnienie zniknęło! Wymazane, jak gdybym nigdy nie istniał... Znów jakaś klątwa? Może potrafiłbym coś na to poradzić... Musiałem poradzić się kogoś, kto tak jak ja studiował Moc. Udałem się do Kebhyna.

                Wiedziałem, że wyczuł moją obecność zanim zakołatałem do drzwi. Otworzył i... zapytał kim jestem!... Nie mogłem w to uwierzyć... On też? Po tylu latach znajomości?... Zaczynałem odczuwać rosnące przerażenie. Stało się coś, co dalece wykraczało poza moje możliwości. Kebhyn, mimo, że mnie nie poznał, wiedział, że jestem magiem. Obiecałem mu, że wrócę. Z Księgą. Wyraz mojej twarzy powiedział mu, że jest to coś, z czego nie warto żartować. Bez słowa odwróciłem się i pobiegłem w stronę miejskiej biblioteki. Potwierdzić lub rozwiać swoje najgorsze obawy. Rejestr urodzin i zgonów... Gorączkowe poszukiwania... Coraz bardziej gorączkowe... Dygocącymi dłońmi przekładałem kolejne karty, tylko po to, by dojść do jeszcze jednej przeklętej nazwy: Wymazanie Z Czasu. Nie pozostało nic z mojej genealogii. Żadnego śladu, że ktoś taki kiedykolwiek się narodził. Nie słyszałem, aby w nowożytnych czasach żył ktokolwiek zdolny do rzucenia tej klątwy. Ukryłem twarz w dłoniach łkając bezsilnie... Straciłem wszystko.

                Pozostała ostatnia możliwość – Kebhyn. Wróciłem do niego, tym razem z przeklętym tomem. On również wyczuł drzemiącą w nim Moc. Siedziałem obok niego, gdy otworzył Księgę. Jakże chciałbym zapomnieć o tym, co się w tej chwili stało... Poczułem, jak moje ciało tężeje, wypręża się niczym napięta do granic możliwości struna oczekująca na finalny akord... Żywy posąg... Poczułem dotknięcie mroku, gdy moja ki eksplodowała, przeradzając się w coś odrażająco obcego... Opuszczającego moje ciało z szybkością błyskawicy...  Płynącego nieskończenie powoli w stronę Kebhyna... Nie chciałem tego widzieć... Jego ki rozdarta na strzępy przez moją, ciało osuwające się bezwładnie na podłogę... Eksplozja tysięcy słońc przed oczami... Znów mogłem się poruszać... Furia Astralnej Śmierci... Wyzwalana, gdy ktokolwiek oprócz mnie otworzył to coś...

Owinąłem grimuar czarnym płótnem, razem z najważniejszymi rzeczami włożyłem do plecaka, po czym wyruszyłem w długą drogę bez powrotu.

 

 

Omega Red, 25 listopada 2001

 


[Powrót]