Dusza

 

                Szary wędrowiec. Najczęściej tak go nazywali ci, którzy go widzieli. Wysoki, ubrany w szary płaszcz po kolana z kapturem okrywającym długie, białe, nie związane włosy; na nogach solidne, choć nieco już podniszczone buty, w lewej dłoni długa laska z ciemnego drewna i niewielki tobołek którego pilnował, jak oka w głowie. Z daleka wyglądał na wędrownego mnicha, lecz gdy się zbliżył, wrażenie nie wiedzieć czemu pryskało. Nie wyglądał staro, ale nie wyglądał też młodo. Na jego ogorzałej twarzy można było dostrzec znamiona, może blizny pozostałe po niewiadomych wydarzeniach. Nikt nie widział, jak się uśmiecha, ale wszyscy, którzy spotkali go na swojej drodze, wspominali jego oczy.

                Ozdobione gęstymi, krzaczastymi brwiami były czymś, czego nie dawało się zapomnieć. Całe szare, z wielkimi, atramentowoczarnymi źrenicami. Nikt nie mógł dłużej znieść jego wzroku. Było w nim coś, co ściskało za serce niczym nabijana kolcami obręcz. Jakiś bezgraniczny smutek, żal... I niewyraźne przebłyski odległego, niezwykłego światła. Patrzącym zbyt długo wydawało się, że widzą w nich coś żywego, ruch, obrazy... Nikt nigdy nie powiedział CO widział.

                Pomagał ludziom. Często po prostu przychodził i pytał, czy nie mógłby czegoś zrobić. Budował, naprawiał, leczył, pracował w polu, opiekował się dziećmi. Wydawało się, że nie ma rzeczy, na której by się nie znał. Nigdy nie przyjmował żadnej formy zapłaty. Pytany, dlaczego to robi, milczał.

 

*             *                *

 

                Znalazłem go pewnego dnia, gdy wracałem nocą od przyjaciela. Leżał na ziemi przy drodze, zaledwie kilkadziesiąt metrów od mojego domu. Obok laski, cały pokryty krwią i kurzem, w dłoni wciąż kurczowo ściskał swój tobołek. Był nieprzytomny, ale oddychał. Pobiegłem z powrotem do przyjaciela i razem udało nam się zanieść go do mnie.

                Ledwie mieścił się w moim łóżku. Ostrożnie wyjąłem z jego rąk tajemniczy woreczek. Był zrobiony ze skóry lub czegoś, co ją przypominało. Pokrywały go dziwne symbole i napisy w języku, którego nie znałem. Był zawiązany grubym sznurem w skomplikowany węzeł. Nie wydawał się pusty, lecz był zupełnie lekki.

                Odłożyłem sakwę na stół i powoli zdjąłem ubranie z nieznajomego. Byłby okazem zdrowia, gdyby akurat nie był paskudnie poraniony. Delikatnie obmyłem go z brudu i zakrzepłej krwi po czym opatrzyłem jego rany. Wciąż nie otwierał oczu, ale oddychał równo i spokojnie. Okryłem go ciepło, a sam ułożyłem się do snu na podłodze.

                Obudził mnie jakiś ruch. Podniosłem się i zobaczyłem, jak krząta się przy kuchni.

         Hej! Nie powinieneś jeszcze wstawać! – powiedziałem.

W odpowiedzi wskazał ręką na stół z jedzeniem.

         Jak chcesz... Ale uważaj, żeby rany się nie otworzyły.

Umyłem się, ubrałem i siadłem do stołu.

         A ty? Jadłeś? – Skinął głową.

         Masz jakieś imię? – spytałem.

Odezwał się po raz pierwszy:

         Mam. Ale to imię nie jest godne wymawiania.

Szorstki, a jednocześnie dziwnie ciepły głos.

         Skoro tak mówisz... - westchnąłem. - Nie powiesz czegoś więcej o sobie?

Pokręcił głową. Co za człowiek...

         Można wiedzieć co masz w tej sakiewce?

Spojrzał na mnie uważnie.

         Duszę.

Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć.

Zjadłem i powiedziałem:

         Muszę iść do pracy. Zostawiam cię samego. Mam nadzieję że nic strasznego się nie stanie. Zresztą... Nie ma tu raczej nic wartego uwagi.

Znów oszczędne skinienie.

         Cóż... Czuj się jak u siebie w domu!

Ledwie widoczny skurcz na twarzy...

Zabrałem rzeczy i wyszedłem.

 

*                *                *

 

Kiedy wróciłem, znów było już ciemno. Tym razem on odezwał się pierwszy:

         Dobrze, że jesteś. Nie chciałem odejść bez pożegnania.

         Jesteś pewien, że możesz już chodzić?

         Tak. Mogę.

         Skoro tak, miłej podróży. I uważaj na siebie...

Skinienie...

Podał mi rękę:

         Żegnaj.

Mocny uścisk.

         Do widzenia.

Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział:

         Dziękuję.

Uśmiechnął się.

Coś jakby prąd przebiegło między naszymi dłońmi...

Już wiedziałem.

Też się uśmiechnąłem.

Odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł.

Chwilę później wydawało mi się, że dostrzegam za oknem jakiś blask... tylko przez chwilę.

Nie widziałem go już nigdy.

Omega Red, 21 października 2000

 


[Powrót]