Requiem aeternam[1]

 

Pociąg wreszcie przyjechał. Młody, na oko dwudziestoparoletni mężczyzna siedzący samotnie na peronie uniósł wzrok ponad ekran trzymanego na kolanach niewielkiego notebooka i przetarł dłońmi przekrwione oczy świadczące o znacznym niedoborze snu. Przeciągnął się, zamknął komputer upodabniając go do małej walizeczki i wstał. Miał na sobie długą, swobodnie powiewającą na wietrze kratowaną koszulę oraz jeansowe spodnie. Przeczesał palcami skłębione włosy; pomyślał, że przydałoby się w końcu ogolić. Kilkumiesięczna praca dobiegała końca i czuł się już nieco zniechęcony, choć w końcu udało się. Zajmował się możliwością zaprojektowania i skonstruowania samouczących się, rozproszonych sieci neuronowych mogących modelować fragmenty ludzkiego mózgu. Zagadnienie było fascynujące, toteż poświęcił mu się całkowicie pracując dzień i noc. Dzięki temu miał co robić. Świat bitów i elektronów był dla niego równie, a nawet bardziej realny niż otaczająca go rzeczywistość. Dawał możliwość ucieczki...

Marzył o chwili snu, wybrał więc najbardziej opustoszały przedział. Położył notebook  na półce i usiadł. Jedyną towarzyszką podróży była śpiąca naprzeciw młoda dziewczyna, mniej więcej w jego wieku. Długie, kruczoczarne, kręcone włosy okalały dziwnie znajomą twarz... Otrząsnął się, to przecież nie ona; nie ten kolor włosów i nieco inne rysy... Tamto już minęło, minęło dawno, choć nigdy się naprawdę nie zaczęło. Nie widział jej od lat... I pewnie już nie zobaczy. Przypomniały mu się tamte dni, wieczory, noce... Chciał je wyrzucić z pamięci, zapomnieć, ale wspomnienia w końcu wracały. Zagłuszał je szaleńczą pracą, lecz nigdy nie pozbył się ich całkowicie.

Wyciągnął się wygodnie i pomyślał o konsekwencjach swojego odkrycia. „Taak., to otwiera zupełnie nowe możliwości... Już tylko krok dzieli nas od prawdziwej AI[2]...” Wkrótce zapadł w niespokojny sen.

Przedzierał się przez niewiarygodnie złożoną plątaninę kabli, łączy i drutów; neurystory wielkości pięści błyskały przepuszczając przez siebie strumienie elektronów. Wędrował tą dżunglą chyba od wieków, gdy nagle wszystko wokół zajaśniało oślepiając go, stracił grunt pod nogami i runął w otchłań...

Spadał i spadał nie czując wcale pędu powietrza, ciągle leciał, zdawało mu się, że jest zawieszony w pustce, zatracił poczucie kierunków, aż zobaczył nieskończenie złożony Wzór, zbiór Mandelbrota, odcisk palca Boga, spadał nań dostrzegając wciąż nowe szczegóły, spadł wreszcie i nadal zapadał się w głąb, zmniejszał się tysiąc, miliard, bilionkrotnie, podziwiając niewyczerpane bogactwo tego tworu, dalej i dalej aż do nieskończoności, obrazy przechodziły metamorfozę, zaczynały mu coś przypominać, gdy raptem wpadł do wnętrza zbioru, pochłonęła go ciemność i znów spadał w mroku...

Siedzieli naprzeciw siebie. Widział, jak jej usta poruszają się, ale nic nie słyszał; czuł, że on sam coś mówi, lecz otaczała go martwa cisza. Wreszcie usłyszał, ujrzał owe dwa słowa i poczuł je jak dwa rozżarzone do białości sztylety wbijające się w serce. Padł na kolana zwijając się w kłębek i rozorując paznokciami twarz, jego krew mieszała się z łzami, krzyczał i krzyczał unosząc głowę ku niememu niebu, a jej usta poruszały się jak gdyby nigdy nic, bo on wciąż siedział naprzeciw niej jak sparaliżowany, choć jego serce rozprysnęło się na miliony drobnych, lodowych okruchów...

I znów ta sama sytuacja. Piątek, jego „ulubiony” dzień. Wybrał się do niej, bo nie mógł, nie mógł dłużej czekać. Wszedł, usiadł i już otwierał usta, żeby wreszcie jej powiedzieć, gdy jakaś niewidoczna ręka chwyciła go za gardło; myślał, że zwymiotuje, bo niemoc powróciła. Sądził, że nauczył się już mówić – mylił się. Gotował się wewnątrz nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, radio grało, śnieg sypał, a on nie potrafił nawet na nią spojrzeć, łzy pojawiły mu się w oczach, ale ona tego nie zauważyła, powstrzymał się jakoś, choć może lepiej byłoby, gdyby tego nie zrobił... Siedzieli tak przez pewien czas, aż jakimś cudem zdołał powiedzieć, że pójdzie, bo to siedzenie nie ma sensu... Wyszła razem z nim i podeszli razem kawałek, on zaczął już dygotać, a gdy powiedzieli sobie „cześć” i ona poszła do przyjaciółki, wstrząsnęło nim bezsilne łkanie, i szedł przed siebie niczym automat z łzami zamarzającymi mu na policzkach... Obszedł pół miasta szlochając i nie myśląc już o niczym zanim wrócił do domu. Rozciął sobie palec rozwalając wszystko, co wpadło mu w ręce, po czym zwalił się na łóżko słaby jak niemowlę...

Leżał w ciemności i ciszy, myślał o niej, czekał na nią, prawie że widział ją obok siebie, zawsze taką radosną, uśmiechniętą, ale nic z tego, i tylko tynk odpadający ze ścian był świadkiem, a zegar tykał, drogi się rozeszły, TIK – TAK – TIK – TAK, i nikogo w pobliżu, nikogo, kto mógłby, kto chciałby zrozumieć, vale et memor sis mei...[3]

Obudził się drżąc. Od dawna nie miał tak intensywnych snów. Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia... Co było, nie wróci. Otworzył oczy dopiero po kilku minutach. Spojrzał na zegarek – spał zaledwie niecałą godzinę lecz stracił ochotę na dalszą drzemkę. Jego towarzyszka nadal pogrążona była we śnie. Przyjrzał się jej uważniej. Była niewysoka, dość szczupła, ubrana w długą sukienkę pokrytą abstrakcyjnymi deseniami. Niewielki, lekko zadarty nosek nadawał jej drobnej twarzy dziecięcy wygląd. Poruszyła się przez sen, wyszeptała coś niezrozumiałego i jęknęła cicho. Zauważył, jak spod jej zamkniętych powiek spływają dwie strużki łez. „I ty też...” – powiedział do siebie i westchnął. Nagle dziewczyna otworzyła duże, piwne oczy i spojrzała na niego. Patrzyli na siebie przez długą chwilę.

-Dlaczego płaczesz? – spytał cicho.

Milczała długo, po czym odrzekła:

-A dlaczego pytasz?...

-Sam nie wiem... Chciałbym ci pomóc, jeśli to możliwe...

Uśmiechnęła się smutno.

-Tak?... Cóż, dzięki za dobre chęci, ale raczej nie jesteś w stanie niczego zmienić. Istnieją na tym świe-

cie sytuacje bez wyjścia...

-Wiem coś o tym - powiedział. - Myślałem o tym samym...

-A co ty możesz wiedzieć o cierpieniu? - bardziej stwierdziła niż zapytała.

Spuścił głowę i szepnął:

-Dużo. Zbyt dużo...

Tknięty jakimś wewnętrznym impulsem przełamał się i zaczął mówić, opowiadać jej wszystko, a ona słuchała i patrzyła nie przerywając ani razu. Wreszcie skończył, zamknął oczy i przycisnął głowę do oparcia, wyczerpany jak puste naczynie. To, od czego uciekał przez cały czas, teraz powróciło. Znów czuł aż za bardzo znajome ściskanie w żołądku, znów ten chaos w głowie, zupełnie jak w starych, „dobrych” czasach... Niespodziewanie poczuł na policzku ciepły dotyk ust; otworzył oczy, pogrążony w myślach nawet nie usłyszał, jak do niego podeszła. Stała tuż przed nim patrząc mu głęboko w oczy.

-Jestem chora na AIDS – powiedziała po prostu.

Milczał, bo nie miał pojęcia, co mógłby odpowiedzieć, spodziewał się wszystkiego, ale nie czegoś takiego... Gdy w końcu otrząsnął się z szoku, wstał, wziął ją za ręce i pocałował w usta.

-Siadaj – wskazał jej miejsce obok siebie.

-Nie boisz się, że?... – szepnęła.

-Daj spokój! – odrzekł. – Nie jestem przewrażliwiony jak większość tych ignorantów.

Usiadła.

-Jak... Kiedy... – zaczął i urwał, nie mogąc znaleźć słów.

-Niedawno starałam się o pracę i zrobiłam sobie test. Niczego nie podejrzewałam i kiedy zobaczyłam wynik, pomyślałam, że to niemożliwe... Oczywiście powtórzyłam badanie – z tym samym skutkiem... Pracy nie dostałam, znaleźli jakiś nic nie znaczący pretekst. A jeśli chodzi o przyczynę, to tylko jedno przychodzi mi na myśl. Nie mogę być pewna, ale... Miałam jeszcze 17 lat i byłam razem z pewnym chłopakiem. Myślałam, że go kocham, a on mnie, naiwna... Znaleźliśmy się w końcu w łóżku, mój pierwszy i jedyny raz... Zaraz potem zerwaliśmy ze sobą – w jej oczach znów pojawiły się łzy. – To było tak dawno temu... Czym sobie na to zasłużyłam?...

Objął ją, siedzieli tak przez kilka minut wsłuchując się w monotonny stukot kół o tory.

-Dobrze, że przynajmniej nie mówisz, że „wszystko będzie dobrze”... – odezwała się wzdychając. -Nic nie będzie dobrze...

Oparła głowę na jego ramieniu i zasnęli, przytuleni...

 

*             *             *

 

Wyjechała z domu rodziców, bo nie mogła już tam wytrzymać. Jechała oby jechać, bo nie miała dokąd się udać... On zaś wracał do domu. Pojechała z nim, zamieszkali razem. Jakoś ułożyli sobie życie, choć wiedzieli, że to nie potrwa zbyt długo. Nie chciał o tym myśleć, ale w miarę upływu czasu widział, jak jej twarzyczka mizernieje coraz bardziej, duże, ufne, piwne oczy tracą swój dawny blask, mówiła coraz mniej, nie jadła prawie nic... Rzucił pracę, mógł sobie na to pozwolić, gdyż miał odłożoną sporą sumkę na koncie. Teraz cale dnie i noce spędzał przy niej, leżała już w łóżku prawie cały czas, a nie chciała iść do szpitala. Strasznie wychudła, była zaledwie cieniem samej siebie sprzed kilku lat, ale on wciąż widział ją taką, jaką zobaczył po raz pierwszy...

 

*             *             *

 

Pewnej nocy wyrwał go z drzemki jej słaby głos. Zapytał:

-Potrzebujesz czegoś? Może przynieść ci coś do picia?

-Nie, zostań... Ja... Czuję, że... to już... – szepnęła łamiącym się głosem.

-Nie mów tak! Nie...

-Ja WIEM... – ścisnęła go za rękę, choć nie miała wiele siły.

-NIE! Nie odchodź, nie teraz... – coś ścisnęło go za gardło wydobywając bezsilny szloch z głębi piersi.

-Nie płacz – wyszeptała. – Przecież wiedzieliśmy...

-Tak, ale...

Wszystkie słowa straciły sens. Położył głowę na jej piersi słuchając serca trzepocącego się jak zraniony ptak. Rozmawiali do końca, mimo, że coraz trudniej było jej coś powiedzieć. O czym mówili? A co was to obchodzi?!...

 

*             *             *

 

Na pogrzebie było zaledwie kilku jego znajomych. „Nie dość, że z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, to jeszcze przez całe życie w nim pełzasz. Wspaniały, boski dar...” Pół nocy leżał w pustym łóżku przewracając się z boku na bok i zagryzając wargi do krwi, w końcu wstał, ubrał się i wyszedł. Błąkał się bez celu po bezludnych ulicach, aż trafił na cmentarz. Patrzył na to, co zostało z ich wspólnych chwil, padł na świeżą ziemię, bezwiednie pisał palcem po piasku, przestał myśleć o czymkolwiek, popadł w jakieś totalne odrętwienie, nic już się nie liczyło...

 

*             *             *

 

...

Abnormal state of consciousness detected.

Danger! Mind damage critical!

Brain failure! System shutdown...

EEG signal lost.

Death in progress...

Done.

End of transmission.

...

 

*             *             *

 

HIC QUIESCIT, QUI NUNQUAM QUIEVIT

REQUIESCAT IN PACE[4]

 

 

Omega Red, 23-28 listopada 1997

 



[1] Requiem aeternam (łac.) – wieczne odpoczywanie

[2] AI (ang. Artificial Intelligence) – sztuczna inteligencja

[3] vale et... (łac.) – żegnaj i pamiętaj o mnie

[4] HIC... (łac.) – Tu spoczywa, który nigdy nie odpoczął. Spoczywaj w pokoju.


[Powrót]