Kontakt ?

 

                Przetarłem oczy, bo na chwilę straciłem ostrość widzenia. Do końca  wakacji został zaledwie tydzień. Zbliżała się trzecia po południu, siedziałem sam w domu i czytałem „Niezwyciężonego” Lema.

                Nagle litery znów rozmazały mi się przed oczami. Gdy zaś wzrok wrócił do normy, zdębiałem. Dałbym głowę, że jeszcze przed chwilą pisało tu co innego! „Jesteś przemęczony” – rzekłem do siebie i wstałem, żeby nieco rozprostować kości. Po kilku chwilach relaksującej gimnastyki wróciłem do przerwanej lektury i o mało nie spadłem z krzesła. Litery roiły się na kartce niby mrówki, a dokładniej – nie było już żadnych liter, tylko czarno-biały, kłębiący się chaos.

                „Co jest?!” – pomyślałem bliski paniki. – „Co tu się dzieje?” Siedziałem jak sparaliżowany i gapiłem się bezmyślnie na coś, co przypominało kaszanę, jaka widnieje na ekranie telewizora po zakończeniu programu. Trwało to dobrych parę sekund. Potem nastąpiła nagła zmiana – niespodziewanie „mrówki” zniknęły. Patrzyłem na czystą kartkę.

                „O co tutaj chodzi?” – zastanowiłem się nieco spokojniej, po czym obraz zmienił się ponownie. Jedna po drugiej, na papierze zaczęły pojawiać się kilkumilimetrowe, czarne kropki. Wyglądało to tak:

 

·     ··     ···     ····     ·····     ······     ·······

 

                Zatkało mnie. Kolejne liczby naturalne! To raczej nie mógł być przypadek... Ale na tym widowisko bynajmniej się nie skończyło. Gdy kropki zapełniły już całą stronę, zniknęły. Po chwili zaczęły pojawiać się ponownie, lecz tym razem tworzyły szereg

 

··     ··· ·····     ·······     ···········     ·············

 

                Liczby pierwsze! Niewiarygodne. Po tym były kwadraty, liczby doskonałe, rozwinięcia dziesiętne liczb „p” i „e”... Niektórych w ogóle nie rozpoznałem. Kiedy tylko otrząsnąłem się z szoku, złapałem jakiś zeszyt, coś do pisania i pośpiesznie notowałem nieznane sekwencje.

                Cała ta parada liczb trwała może pół godziny – nie wiem dokładnie ile, bo wtedy zapomniałem o całym świecie. Tak czy owak strona w końcu opustoszała. Przez pewien czas czekałem na ciąg dalszy – daremnie. Tabula rasa. Opadłem na krzesło (przez cały czas stałem nawet sobie tego nie uświadamiając!) i wziąłem głęboki oddech. Co się właściwie stało? Zanim jednak spróbowałem odpowiedzieć sobie na to pytanie, znów coś się wydarzyło. Patrzyłem niepomiernie zdziwiony, ale i przestraszony, jak kartka ponownie zapełnia się szalejącym chaosem, po czym nieprzeliczone mrowie czarnych punkcików unosi się w powietrze.

                Zerwałem się z krzesła i stanąłem w bezpiecznej, jak mi się zdawało, odległości od kłębiącej się chmury. Tymczasem chmura rozpoczęła metamorfozę. Jej ruch powoli stawał się regularny. Wirujące cząstki utworzyły symetryczną kulę, która wydawała się być zbudowana z gładkiej, nieprzezroczystej czerni. Patrzyłem z zapartym tchem, jak kula przekształca się dalej. Wydłużyła się nieco, była teraz elipsoidą. Kolor powierzchni również się zmieniał – była coraz jaśniejsza, poprzez szarość, biel i odcienie żółci stała się w końcu bladoróżowa. Kształt także ulegał ciągłym transformacjom – przybywało różnych wyrostków, „chmura” straciła symetrię obrotową na rzecz dwubocznej. Z wolna coś zaczęło mi świtać... Wreszcie, gdy przybyło więcej szczegółów, nie miałem już wątpliwości. To była ludzka głowa. Moja głowa.

                Odwzorowanie było idealne – mogłem rozróżnić poszczególne włosy, zgadzało się wszystko. „Głowa” przestała się obracać i „spojrzała” w moją stronę. Po jakiejś minucie powielania wszystkich moich grymasów stało się kilka rzeczy naraz.

                Najpierw od „głowy” oddzieliło się niewielkie pasemko czarnej materii i zawisło obok niej w powietrzu. „Głowa” bez ostrzeżenia zmieniła się w rojowisko czerni, które po chwili zniknęło. Rozpłynęło się jak dym. Zdążyłem jeszcze zauważyć, że czarna grudka ze świstem leci w stronę MOJEJ głowy. Nie poczułem żadnego uderzenia. Przez chwilę nic się nie działo. Potem mój mózg eksplodował.

                To było tak, jakbyś próbował przesłać przez radio sygnał telewizyjny. Totalne przeciążenie. Jednak ten zamknięty w kostnej osłonie galaretowaty koloid jest niezwykle elastyczny. Potrafi w nagłych wypadkach przetworzyć dużo więcej informacji, niż zazwyczaj. Prawdopodobnie dlatego jeszcze żyję. Ale wtedy... Jakbym oglądał jakiś film ze stukrotnym przyspieszeniem. Tylko że on oddziaływał na WSZYSTKIE zmysły jednocześnie – myślałem, że znalazłem się w innej rzeczywistości.

                Realnie nie trwało to chyba długo, lecz według mnie – całą wieczność. W końcu skończyło się. Padłem na podłogę i spałem do rana.

 

*             *             *

 

                Nie zapamiętałem nic z tego „seansu”. WIEM, że było to coś niezmiernie ważnego, może najważniejszego – ale i tak nie wiem, co. Dziwne? Możliwe. Pamiętaj – nic nie jest niemożliwe, nic nie jest oczywiste, nigdy nie mów nigdy...

                Sporo myślałem nad tym, co się wtedy wydarzyło. Wymyśliłem wreszcie teoryjkę mogącą jako tako wyjaśnić owe przypadki. Otóż – przypuszczam, że te czarne kropki były zmikrominiaturyzowanymi robotami – „nanobotami” – a może istotami żywymi? Z racji swoich rozmiarów jeden taki pyłek jest niewidoczny gołym okiem – widać je dopiero, gdy połączą się w większe konglomeraty. Przy tym taka grupa ma z pewnością dużo większe możliwości, niż pojedyńczy nanobot. Są czarne, bo pochłaniają wszelkie promieniowanie, jakie na nie pada – to ich źródło energii. Być może nie jedyne...

                Co do „wycieczki w wirtualną rzeczywistość”, jaką mi zafundowały – prawdopodobnie polegała ona na niesamowicie precyzyjnej stymulacji ośrodków zmysłowych w mózgu. Obiekty o takich średnicach, jak nanoboty, z równą łatwością przenikają przez skórę, co przez ścianę. Zresztą, to tylko spekulacje. Czym są? Skąd pochodzą? A motywy? Nie wiem, czy człowiek w może pojąć zachowanie czegoś tak obcego. Być może informacje od nich tkwią zakodowane gdzieś w mojej pamięci. Być może same zaczną się ujawniać we właściwym czasie. A póki co został mi egzemplarz „Niezwyciężonego” z pustą stroną i kilka kartek zabazgranych liczbami. Na razie czekam – cóż innego mi pozostało?...

 

Omega Red, 23/26 sierpnia / 1września 1997

 


[Powrót]