11: Los (Koło Fortuny)

 

 

 

                Zacznijmy od początku...

 

*             *             *

 

                Urodził się pewnego upalnego popołudnia niemal dokładnie w środku wakacji. I bardzo głośno krzyczał. Wprawił rodziców w niemałe zakłopotanie, gdyż oczekiwali dziewczynki. Przygotowali nawet dla niej imię – Magda. Los wszelako zrządził inaczej.

                Już od wczesnego dzieciństwa rodzice do późna czytali mu najprzeróżniejsze książki. I ta fascynacja słowem pisanym pozostała mu do końca. W późniejszym okresie życia stał się wręcz nałogowym „czytaczem”. Książki rozwinęły jego inteligencję i wyobraźnię. Często na długie godziny pogrążał się w ich mniej lub bardziej fantastycznych światach.

                Być może to właśnie było przyczyną jego późniejszej izolacji. Tak czy inaczej stał się małomówny i zamknięty w sobie. Gdy miał pięć lat, wyjechali z jego rodzinnej wsi do innej. W połowie szóstej klasy przeprowadzili się do miasta. W szkole podstawowej nie miał prawdziwych przyjaciół. Jego klasa rozpadła się i przedostatni rok obowiązkowej nauki znów rozpoczął w obcym środowisku.

                Minęła podstawówka, minęło dzieciństwo. Rozpoczął się nowy, przełomowy rozdział w jego życiu. Szkoła średnia. Tutaj znalazł wreszcie ludzi podobnych do niego. Nawiązał kilka autentycznych przyjaźni. I po raz pierwszy w życiu na serio się zakochał.

                Powiem krótko: kochał gorąco, ale był tak nieśmiały, że nie ujawniał swych uczuć. Dziwne, nieprawdaż?... W końcu dowiedział, że obiekt jego westchnień ma już chłopaka. Mało mu wtedy brakowało. „Burza w szklance mózgu”. Przeklął świat, ludzi i Boga za to, co mu zrobił. Lecz mimo swojej wrażliwości był dość odporny psychicznie. W końcu doszedł do siebie.

                I znów był samotny...

                Kto nigdy nie był samotny, ten nie potrafi sobie nawet wyobrazić tego, co on czuł. Totalne zwątpienie w sens życia. Puste wieczory i bezcelowe dnie. Wtedy też ostatecznie przestał wierzyć w absolutnie sprawiedliwego i wszechmiłosiernego Boga chrześcijan. Sądźcie go jak chcecie, ale będą to tylko i wyłącznie wasze sądy.

                I zdarzyło się wreszcie, że pokochał po raz drugi. Po prostu już nie wytrzymywał. Jednakże jego „przekleństwo nieśmiałości” i tym razem nie pozwalało mu z Nią porozmawiać. Tak więc co wieczór cierpiał w samotności przelewając gorzkie myśli i łzy na kartki pamiętnika. Choć nie lubił się uczyć, każda przerwa w nauce była dla niego torturą – Ona „przyciągała go silniej niż Ziemia.”

                Aż pewnego dnia, gdy był u Niej z wizytą, w trakcie niewinnej rozmowy usłyszał z Jej ust dwa słowa. Jedno z nich brzmiało „mój”, a drugie – „chłopak”. Zalała go fala gorąca, a serce niemal znieruchomiało. Cały jego świat zawalił się grzebiąc go pod gruzami. Wychodząc myślał tylko o własnej naiwności. Przez całą drogę do domu bluźnił tak, jak chyba nigdy dotąd. „Bóg to sadysta” i „Dlaczego?!” były najczęściej powtarzanymi zwrotami.

                Lecz stało się coś dziwnego – nie przestał Jej kochać! Wręcz przeciwnie, uczycie jeszcze się wzmogło. Logicznie rzecz biorąc powinien się „odkochać” – ale nie potrafił. Dopiero teraz Ten Tam W Górze pokazał, na co Go stać. On kochał wiedząc, że jest to miłość skazana na niespełnienie – i nie mógł przestać. Pełen odlot, co?

                Mniej więcej miesiąc po owym załamaniu nerwowym odbyło się małe klasowe spotkanie. Już wtedy siedział jak struty z łzami kręcącymi się w oczach. Miał wrażenie, że żołądek wywraca mu się na lewą stronę. Lecz kiedy wrócił do domu... Po prostu go powaliło. Zwijał się z bólu jak w ataku epilepsji. Myślał nawet o samobójstwie, ale odrzucił tę możliwość jako bezsensowną. Następnego dnia zadzwonił do Niej, lecz nie było Jej w domu...

                Wtedy po raz pierwszy od przeszło dwóch lat poszedł do kościoła. Kościoła nie w sensie ośrodka kultu, ale cichego miejsca wprost stworzonego do rozmyślań. I rozmyślał. Rozmyślał długo. Nie czuł już gniewu, tylko niewyobrażalny smutek i żal. Nie starał się powstrzymywać łez – dzięki nim mógł się odreagować, oczyścić swój umysł. Gdy tak siedział, załamany i pogrążony w odrętwieniu, usłyszał nagle obok siebie cichy, przepełniony troską głos:

– Hej, co się stało? Dlaczego płaczesz?

                I w ten właśnie sposób został ocalony. Po raz pierwszy ktoś zwrócił na niego uwagę jak na czującego człowieka.

                Byli bardzo szczęśliwą parą. Dzięki niej znów uwierzył w Boga. Z poprzednią miłością nadal łączyła go znajomość – ale tylko tyle.

                Pewnego letniego wieczoru wybrali się na wspólny spacer za miasto. Szli przytuleni do siebie zapominając o całym świecie. Do rzeczywistości przywróciły ich dobiegające z tyłu słowa:

– Ach, cóż za wzruszający obrazek! Patrzcie, chłopcy, jak ją obłapia. Trochę niżej, koleś, trochę niżej!

                Głośny, chóralny śmiech.

Odwrócił się gwałtownie. Za nimi stała grupka wyrostków z ogolonymi głowami. Jeden z nich – przywódca? – wystąpił naprzód:

                – Tak, do ciebie mówię, zbereźniku! W jakich to niecnych celach zwabiłeś tą młodą damę aż tutaj?

                Chłopak poczuł, jak krew uderza mu do głowy, lecz nic nie odpowiedział. Jego dziewczyna ścisnęła go za rękę. Spojrzał za siebie – przed nimi również pojawili się skini.

                – Wszystko będzie dobrze – szepnął jej do ucha, a głośno spytał: – Czego chcecie?

– Czego chcemy? – zdziwił się herszt jakby była to najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Myślałem, że wyrażam się jasno. Chcemy uwolnić tę oto cnotliwą niewiastę od twojego brudnego towarzystwa. Spływaj, koleś, póki jeszcze możesz.

On myślał gorączkowo.

– Nie. Zostanę.

– Hę? Czyżbym się przesłyszał? No cóż. Twój wybór... – rzekł skin.

                W jego ręku pojawił się kij bejsbolowy. Doskoczył do nich i – zanim chłopak zdążył zareagować – grzmotnął go w kark. On runął na ziemię jak podcięty. Przerwanie rdzenia kręgowego spowodowało całkowity paraliż. Dziewczyna krzyknęła przyciskając dłonie do twarzy.

                – Och, co mu się stało? – zdziwił się przywódca. – Chyba zemdlał. Tak, tak, miejskie powietrze nie jest najzdrowsze.

                Przycisnął ją do siebie. – Chodź, maleńka! Zabawimy się, że ho, ho!

                Zanim zaczęła krzyczeć, ścisnął ją za szyję, a dwaj inni chwycili jej ręce i wepchnęli w usta jakąś szmatę. Wyrywała się, ale oni trzymali mocno. Kopnęła jednego z nich, lecz zyskała tylko uderzenie pięścią w twarz. Złamany nos zaczął krwawić, a oni, korzystając z jej oszołomienia, zdarli z niej ubranie. Rozległy się gwizdy i śmiechy.

                Gwałcili ją kolejno, a gdy skończyli, poderżnęli jej gardło i wrzucili stygnące ciało do przydrożnego rowu.

                On leżał na ziemi i widział wszystko. Chciał krzyczeć, zamknąć oczy, lecz nie potrafił. Widział ich zaczerwienione twarze, słyszał chrapliwe oddechy i jęki dziewczyny. Kiedy było już po wszystkim, oblali zwłoki benzyną i podpalili.

                Przypomnieli sobie i o nim. Herszt bandy stanął obok i powiedział:

                – No, no, muszę przyznać, że masz gust. Co za ciało! I do tego dziewica! Człowieku, nie wiesz, co straciłeś! Ale dość już pieprzenia. Zaraz ktoś tu się zjawi. Bywaj!

                Zanim kij spadł na jego głowę, zdążył jeszcze wyszeptać:

                – Użycie siły dowodzi słabości...

                A potem otoczyła go nieprzenikniona ciemność.

 

*             *             *

 

                Tunel. Czerń. Gwałtowny pęd. Światło. Wyjście.

 

*             *             *

 

                Zobaczył Boga. Z profilu wyglądał jak zatroskany, siwowłosy staruszek wpatrujący się w odległą Ziemię. Bóg odwrócił się i spojrzał na niego. Z drugiej strony był Szatanem, który bynajmniej nie wydawał się tylko upadłym aniołem. Był czymś znacznie więcej. I szeroko się uśmiechał...

 

*             *             *

 

                Znów Bóg-Szatan, lecz w odmiennej scenerii. Siedział przy stoliku i rzucał kością do gry o trzech białych i trzech czarnych ściankach. Białe – kolejny załamany człowiek odzyskuje wiarę w sens życia. Czarne – grupka zwyrodnialców znajduje kolejną ofiarę. Istota Najwyższa nie jest ani dobra, ani zła – a raczej jest i dobra, i zła. Tak, jak elektron jest i cząstką, i falą. Jin – Jang. Nieustanna zmiana.

 

*             *             *

 

                Leżał na ziemi patrząc w niebo. „Światło jest lewą ręką ciemności” – pomyślał.

                Po czym umarł.

 

Omega Red, 5-7 stycznia 1997

 


[Powrót]