Cthulhu fhtagn

 

                Był słoneczny, letni dzień. Spacerowałem sobie po lesie, słuchałem śpiewu ptaków i wdychałem zapach przyrody. Miękka poduszka mchu uginała się pode mną amortyzując kroki. Od czasu do czasu rozlegał się stukot dzięcioła powiększającego swoją dziuplę. W pewnej chwili aż podskoczyłem, gdy niespodziewanie tuż spod moich nóg czmychnął zając kryjący się wśród wysokiej, gęstej, soczyście zielonej trawy.

                Mój kontemplacyjny nastrój został zburzony przez dziwną woń, którą przyniósł wiejący w moim kierunku lekki wietrzyk. Z początku nie mogłem jej zidentyfikować, lecz w miarę posuwania się naprzód zapach stawał się coraz wyraźniejszy. Nie minęło wiele czasu, a rozpoznałem go – odór zgnilizny i rozkładu.

                Mino, że nie był to żaden wyszukany aromat, ogarnęła mnie ciekawość. Chodzenie po lasach to moje hobby, tak więc spotkałem się w życiu z niejednym zapachem. Ten jednak był inny – miał w sobie coś... po prostu coś odmiennego. Coś, czego nigdy jeszcze nie napotkałem. Po chwili wahania zasłoniłem nos chustką i ruszyłem przed siebie.

                Krótki marsz doprowadził mnie do niewielkiej, kolistej polany. Czułem – dosłownie i w przenośni – że to musi być źródło owego smrodu – stęchły odór padliny niemalże uniemożliwiał oddychanie, tym bardziej, że wiatr ucichł. Wewnątrz rosła pożółkła, jak gdyby skarłowaciała trawa. Była tak wysuszona, że pod moimi butami rozsypywała się w szary pył. Słyszałem też odgłos podobny do tego, jaki wydaje rój much – wielogłosowe, wibrujące brzęczenie dochodzące jakby ze wszystkich stron.

                Jednak najdziwniejsze było to, że polanka była PUSTA! Nie zauważyłem ani żadnego zwierzęcego trupa, ani much w powietrzu! Poczułem się nieswojo. Uświadomiłem sobie, że już od dłuższej chwili w lesie panuje absolutna cisza. Bzyczenie ucichło. Mimo letniego upału poczułem, jak chłód spływa mi wzdłuż kręgosłupa. Koszula przylgnęła do pleców zroszonych lodowatym potem. Nagle – czy to tylko złudzenie? – ziemia drgnęła mi pod stopami. Co się tu dzieje?! Chyba lepiej będzie stąd odejść.

                Odwróciłem się z zamiarem jak najszybszego powrotu do domu, lecz tuż przed sobą wyraźnie dostrzegłem, jak ziemia się wybrzusza. Czy ja oszalałem?! To niemożliwe! Niewielki pagórek uwypuklał się coraz bardziej i powoli zaczął przesuwać się w moją stronę.

                Dotychczas stałem prawie sparaliżowany strachem dysząc niczym maratończyk po biegu, lecz teraz... Wrzasnąłem dziko, przeskoczyłem przez ruchomy garb i oszalały z przerażenia pognałem przed siebie, byle dalej, jak najdalej od tego miejsca... Zanim jednak wybiegłem z przeklętej polany, usłyszałem – nie mam pojęcia, naprawdę, czy tylko w głębi umysłu – chrapliwy, nieludzki głos, coś jak wycie-skrzek-charkot, jakby przytłumiony grubą – lecz nie dość grubą – warstwą ziemi, głos zwiastujący przebudzenie prastarej Istoty uwięzionej setki, a może tysiące lat temu przez nic nie znaczące ludzkie robaki.

 

*             *                *

 

                Zerwałem się z łóżka słuchając szaleńczego bicia serca. Co za realistyczny koszmar! Dyszałem ciężko, jakbym naprawdę dawał z siebie wszystko uciekając przed Nieznanym. No dobrze, już po wszystkim, nie ma się czym przejmować. Można spać dalej. Lecz gdy tylko dotknąłem głową poduszki, niespodziewanie usłyszałem głośne dobijanie się do drzwi. „Ki diabeł?!” – pomyślałem i nakryłem się kołdrą. Niestety, walenie nie ucichło – powtórzyło się jeszcze natarczywiej. Chcąc nie chcąc zwlokłem się z łóżka, krzyknąłem „Kto tam?!”, narzuciłem na siebie jakieś ubranie i podszedłem do drzwi.

                Po otwarciu dostrzegłem jakiegoś obcego faceta. Na mój widok ożywił się, zaczął gestykulować i bełkotać coś niezrozumiałego. Dopiero po dłuższej chwili wychwyciłem z tego chaotycznego potoku słów jakąś zrozumiałą frazę. „Przebudzenie Wielkich Dawnych”, czy coś takiego. „Wariat” – pomyślałem i zatrzasnąłem drzwi. Natychmiast rozległy się głośne uderzenia pięściami. Wściekły, ponownie szarpnąłem za klamkę.

                – Słuchaj – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. – Jeśli chcesz stąd wyjść w jednym kawałku...

                Niespodziewanie dla samego siebie urwałem. Coś jakby we mnie wstąpiło. Coś na kształt rozkazu wypływającego z podświadomości. Zdziwiłem się, ale CHCIAŁEM iść z tym człowiekiem – bowiem w tym momencie zrozumiałem, że o to mu właśnie chodzi.

                – Zaczekaj tu – rzekłem i cofnąłem się w głąb mieszkania. Nałożyłem ciepły płaszcz, czapkę i szalik – był środek zimy – i podążyłem za moim przewodnikiem.

                Sypał gęsty śnieg, a mgła ograniczała widoczność do czubka własnego nosa. Pełnia nocy, niebo zasnute chmurami zasłaniającymi Księżyc, absolutna cisza oprócz delikatnego szmeru spadających białych płatków i chrzęstu śniegu pod stopami, brak choćby najlżejszych podmuchów wiatru. Uliczne latarnie były tylko niewyraźnymi kulami żółtawego światła pośród wszechobecnej czerni.

                Szliśmy bez słowa. Nie wiem, co się ze mną stało, lecz czułem, że COŚ MNIE CIĄGNIE – ale dokąd, pozostawało jak na razie zagadką. Naraz z mroku wyłoniła się niewielka sylwetka. Tuż przed nami przebiegł jakiś chłopak tuląc coś do siebie pod kurtką. „Co on tu robi o takiej godzinie?” – przemknęło mi przez myśl. Po sekundzie niewyraźna postać zupełnie rozpłynęła się we mgle. Zorientowałem się, że znajdujemy się w jakiejś bocznej uliczce prawie wymarłej dzielnicy miasta. Gdzie on mnie prowadzi?

                Lampa za nami zamigotała chwilę niczym płomień świecy na wietrze i zgasła. Mój towarzysz przyspieszył. Mi wcale nie było aż tak pilno. Kolejna lampa zgasła. On zaczął biec, za moment wtopił się w noc.

– Hej, zaczekaj! – zawołałem nerwowo, lecz odpowiedziało mi tylko echo. Ledwie wyczuwalnie zadrżała ziemia. W tej samej chwili wszystkie światła zgasły jak zdmuchnięte. Zapanował nieprzenikniony mrok. Jednak mimo wstrząsających mną dreszczy niepewnie posuwałem się naprzód.

                Coś jakby eksplodowało pod ulicą – gwałtowny wstrząs zwalił mnie z nóg, słyszałem spadające na ziemię odłamki asfaltu i betonu. Poczułem niesamowicie odrażający fetor rozkładu i gnijącego mięsa. Myślałem, że żołądek wywróci mi się na drugą stronę, lecz jakimś cudem powstrzymałem odruch wymiotny. To było znacznie gorsze niż mój koszmar, tym bardziej, że wiedziałem, że to nie sen. Od rzeczywistości nie ma ucieczki – oprócz śmierci.

                Powoli stanąłem na nogi i otrzepałem się ze śniegu. Do moich uszu dotarł ledwo uchwytny dźwięk. Jak gdyby szuranie, szelest czegoś wleczonego po ziemi. Zaczynałem się naprawdę bać, ale to był dopiero początek. Nieznajomy wrzasnął, a raczej nieludzko zawył. Nigdy nie słyszałem jeszcze tyle strachu i męki w ludzkim głosie. Włosy zjeżyły mi się na głowie, zacząłem trząść się jak skazany przed egzekucją. Nawet nie byłem w stanie wyobrazić sobie, co się tam stało. Zresztą, wcale nie paliłem się, aby poznać prawdę.

                Krzyk ucichł raptownie. Usłyszałem za to odgłos podobny do wykręcania mokrej szmaty, chrupnięcie i przytłumione przez śnieg uderzenie o asfalt. To było już ponad moją wytrzymałość. Postanowiłem niezwłocznie stąd pryskać, ale podnosi powoli dłonie, skupia się i rozpoczyna inkantację:

                – Phng’lui  thotsh aghi’il mfh’yrn’aiith! Ygnaiih grdlk’chth Cthulhu nfr’hl soth’thch fhtagn!

                Mgła zaczyna się rozwiewać, jedna po drugiej zapalają się latarnie. Przestaje padać śnieg. Wszystko widać jak na dłoni.

                Na środku ulicy zieje wielka, poszarpana dziura z której wydobywa swe cielsko pomiot Cthulhu. W żadnym z ziemskich języków nie istnieją słowa mogące TO opisać. Obłąkańcza plątanina śluzowatych macek, szponów, zębów; błoniaste skrzydła, zrogowaciały dziób, owadzie, segmentowane oczy, wijące się czułki... Potworne kłębowisko protoplazmy wielkości kilkupiętrowej kamienicy. Obcy. Przybysz z Gwiazd.

                Nieopodal leży straszliwie okaleczone ciało człowieka. Został wywrócony na lewą stronę, zmiażdżona czaszka nie okrywa nic prócz pustki. Cały teren wokół pokrywa niesamowita, niebiesko fosforyzująca maź. Ta galareta pulsuje, żyje własnym życiem. Za jakiś czas zrodzi się nowe pokolenie.

                Oślizgłe macki zwracają się w stronę mówiącego, lecz on nie przerywa rytuału. Stwór z wolna wypełza ze swego więzienia, ale człowiek już kończ. Monstrum wydaje z siebie niemożliwy do odtworzenia dźwięk, po czym imploduje bezgłośnie; niewielka trąba powietrzna wsysa mieniące się zarodki wraz z Istotą i błyskawicznie wznosi się w niebo. Do Gwiazd. Szczelina zasklepia się, ciało zostaje przysypane ziemią. Znów zaczyna prószyć śnieg. Człowiek milknie i pomyślałem: „Co ja tu do diabła robię?!” Wiedziałem, że wyszedłem z kimś na dwór – ale po co i dlaczego – nie miałem pojęcia. No cóż, myślenie odłożyłem na jutro. Rozejrzałem się rozpoznając okolicę i pospieszyłem do domu.

 

*             *                *

 

                A gdzieś w slumsach obdarty chłopak z fascynacją wpatruje się w niebiesko opalizującą galaretę pulsującą w słoiku...

 

*             *                *

 

                Niech Gwiazdy będą w Porządku!

 

Omega Red, 20/27/28 października / 22-29 grudnia 1996

 


[Powrót]