LY-O-LAY-ALE LOYA

 

                Las. Mniejsze i większe drzewa, gigantyczne sekwoje. Niebotyczne kolumny, niczym bezimienni, milczący strażnicy górują nad niewielką polaną. W jej centrum, otoczone kamiennym kręgiem, płonie ognisko rzucając migotliwy blask na spowite mrokiem drzewa. Wśród gałęzi widać niesamowite cienie. Głęboka, bezksiężycowa noc.

                Nagle... W głębi puszczy pojawia się niewielki płomyk. Po kilku sekundach powiększa się i przeobraża w pochodnię. Powoli staje się widoczny rząd postaci zdążających ku polanie. Wreszcie przybywają na miejsce. Siadają na trawie wokół ogniska.

                Są do siebie bardzo podobni. Ich miedzianoczerwona skóra błyszczy odbijając refleksy ognia. Smagła cera, wydatne kości policzkowe, długie, proste, czarne włosy. Każdy z nich ma na sobie ceremonialny strój przygotowany specjalnie na tę noc. Każdy z nich pochodzi z innego plemienia, lecz dziś łączy ich wspólny cel.

                Czas nadszedł. Wstają. Podają sobie dłonie i rozpoczynają taniec. Prastare drzewa wciąż milcząc wsłuchują się w ich pieśń.

                Wszyscy zespalają się w jedną jaźń. Wiedzą. Nie dziś, nie jutro, nie za sto lat – ale to nastąpi. Wkładają w śpiew i taniec całą swoją duszę. Zatracają się całkowicie w obrzędzie – najważniejszym z obrzędów.

                Wreszcie nadchodzi moment Przebudzenia. Ognisko zaczyna przygasać, a kamienny krąg rozjarza się jakimś wewnętrznym blaskiem. Wkrótce już tylko chropawe, szare kamienie rozświetlają mrok nocy dziwnym, pulsującym rytmem. Mahanaxar. Krąg Przeznaczenia.

                Ognisko zniknęło, a wysłannicy szczepów wciąż tańczą. Nie widać po nich nawet śladu zmęczenia. Są szczęśliwi. Kamienny krąg świeci pulsując, niczym prastare serce bijące w niezwykle powolnym rytmie.

                Po kolejnych minutach (godzinach?) ze skalnych okruchów poczyna wydobywać się świetlisty opar zbierający się w centrum Kręgu. Mgła świeci swoim własnym blaskiem, rozjaśnia się coraz bardziej, natomiast kamienie przygasają.

                Indianie przestają tańczyć. Śpiew milknie, tylko echo gra jeszcze wśród drzew. Jeden po drugim przekraczają Krąg i nikną wewnątrz światła. Po chwili mgła zaczyna się rozwiewać, wnika z powrotem do szarych kawałków skały. Krąg ponownie rozświetla się pulsującym rytmem. Ale nie na długo. Blask powoli przygasa. Mahanaxar po raz kolejny zamiera w swym odwiecznym letargu. Krąg Przeznaczenia jest pusty. Obrzęd dokonał się.

 

Omega Red, 27 czerwca 1996

 


[Powrót]