Długa, długa zima

 

                Teraz. Czas nadszedł.

                Uśpione od lat obwody wypełniły się strumieniami elektronów. Po kilku milisekundach układy decyzyjne wydały werdykt. To nie pomyłka. Rozpocząć procedurę.

                Rozsiane po całym globie automatyczne stacje ożyły. Jedna po drugiej otwierały się pancerne, zamaskowane pokrywy szybów. Pełna gotowość.

                Przez chwilę czekały. Aż wreszcie uzyskały potwierdzenie. Teraz!

                Rakiety wystartowały. Jednocześnie wzbiły się w powietrze niby wielka chmura jakichś potwornych owadów. Po osiągnięciu właściwego pułapu każda skierowała się na swój własny cel. Niektóre zostały zestrzelone przez automatyczne satelity defensywne. Ale większość przedarła się poza strefę ochronną.

                A ludzie spali w swych domach. Ufali swoim cybernetycznym obrońcom.

                Gdy pociski znalazły się na odpowiedniej wysokości ponad celem, zaczynały zwalniać. Każdy rozpadał się na kilkanaście autonomicznych głowic, które rozpraszały się na obszarze kilkuset kilometrów kwadratowych. Naziemne systemy obronne były całkowicie bezsilne. Lecz zdołały jeszcze nadać sygnał do natychmiastowego odwetu.

                Głowice wybuchały na wysokości około stu metrów. Dzięki temu fala uderzeniowa i strumienie śmiercionośnego promieniowania miały maksymalny zasięg i natężenie.

                Większość ludzi umierało nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W ułamku sekundy ich ciała, skóra i kości zamieniały się w zjonizowany gaz - plazmę. Teren w promieniu kilkuset metrów od epicentrum stawał się kraterem wypełnionym wrzącą, szklistą masą.

                Ci, którzy przebywali dalej, byli w gorszej sytuacji. Podmuch rozpalonego powietrza o gigantycznym ciśnieniu wyrywał drzewa jak zapałki, przewracał budynki jak kostki domina porwane przez huragan. Ludzie stawali się niemożliwą do rozpoznania krwistą breją rozpyloną przez falę uderzeniową.

                Oczywiście spotykało to tylko tych, którzy przetrwali zabójcze potoki promieniowania. Błysk explozji wypalał oczy, strumienie ciepła błyskawicznie doprowadzały mózg do wrzenia, wysokoenergetyczne cząstki rozszarpywały strukturę komórek. Ludzie topili się niczym woskowe figurki postawione na rozpalonej do czerwoności płycie paleniska.

                Cmura rakiet odwetowych również dotarła do celu siejąc totalną zagładę. Także inne systemy aktywizowały się reagując na nagłe zagrożenie wystrzeleniem kolejnych pocisków. Atomowa pożoga ogarnęła cały świat.

                Większa część powierzchni Ziemi pokryła się zeszkloną warstwą stopionej krzemionki. Biliony ton pyłów i gazów wzbiły się w atmosferę całkowicie przesłaniając Ksężyc i gwiazdy. Rozpoczęła się nuklearna zima. Słońce miało już nigdy nie wzejść dla ludzi.

                Uaktywnił się jeden z nielicznych ocalałych systemów obronnych. Zareagował dokładnie tak, jak inne - lecz jego cel był odmienny. Wszystkie rakiety skierowały się na oba bieguny planety. Atomowy ogień ogarnął krainę wiecznych lodów. Prehistoryczne masywy kruszyły się i zamieniały w parę.

                Ci nieliczni, którzy ocaleli, mieli przed sobą raczej niewesołe perspektywy. DNA, nośnik kodu genetycznego zawarty w ich komórkach, został w znacznej części zmieniony przez radiację. Większość umarła najpóżniej po kilku miesiącach - zabiła ich choroba popromienna. A pozostali? Przestała istnieć prawie cała biosfera Ziemi. Nigdzie nie mogli znaleźć żywności. Wreszcie głód zmienił ich w bezrozumne zwierzęta. Mordowali się nawzajem, by przeżyć. Przystosowali się do diety złożonej wyłącznie z ludzkiego mięsa.

                Jednak i oni nie przetrwali. Atmosfera w końcu oddała planecie wodę wydartą z jej biegunów. Przez kilka miesięcy z nieba lały się strugi wysokoradioaktywnej wody. Poziom oceanów podniósł się o kilkadziesiąt metrów zatapiając większość ocalałych lądów.

                Nie pozostała już prawie żadna żywa istota, kiedy temperatura zaczęła się obniżać. Gigantyczne obłoki pyłów okrywały planetę szczelną kurtyną nie przepuszczającą światła ani ciepła. Na oceanach pojawiały się coraz większe lodowe kry. Kry łączyły się, aż wreszcie cały glob stał się jedną wielką, skutą lodem pustynią. Teraz zamiast deszczu nieustannie padał śnieg skrywając coraz grubszą warstwą białego puchu resztki istniejącej tu kiedyś cywilizacji. Mniejsze i większe płatki wirując opadały powoli na planetę zwaną niegdyś Ziemią. Biały, puszysty śnieg.

 

Omega Red, 26 maja 1996

 


[Powrót]